Książka Sardynka Kornel Maliszewski

Sardynka

Język: Polski
Oprawa: Miękka
Wydawca: Mamiko
Dostępność: Dostępna u dostawcy
Wysyłamy za 3-5 dni
37.33
Jechalismy rankiem do Walbrzycha przez oblepiony sniegiem postindustrial. W fabrycznych budowlach pr...

Informacje o książce

Język
Polski
Oprawa
Książka - Miękka
Data wydania
2015
strony
148
EAN
9788363906306
ISBN
8363906301
Enbook ID
12903534
Wydawca
Waga
230
Wymiary
145 x 210

Pełny opis

Jechalismy rankiem do Walbrzycha przez oblepiony sniegiem postindustrial. W fabrycznych budowlach przez wybite okna wystawialy glowy mlode brzozy. Wszystko, co cenne, bylo doszczetnie opedzlowane przez pokolenia nieustraszonych ludzi z niewielkimi wozeczkami napedzanymi kolami od rowerow. Pomiedzy reszta wykwitly zachodnie stacje benzynowe, karlowate piekarnie i domy starcow, male warsztaty samochodowe reklamowane pocietymi kawalkami blachy, ktora ma przypominac auta w ruchu zawieszone w prozni. W plecaku obijaly sie o siebie buteleczki z czarnym plynem, wyluszczalem bratu szczegoly wypadu: "mamy stowe od matki, wiec na pierwszy nocleg jest. Meldujemy sie, idziemy na deptak, szukamy druzyn starszych babek. Usmiechamy sie, przymilamy sie, proponujemy produkt, opychamy produkt. "Za ile?", brat spytal. "Hm, trzeba zaczac od ceny zaporowej. Albo inaczej, podchodzisz lub podchodzimy, mowimy: powrozyc pani za dwie stowki? Babka oczywiscie odpowie: zmykaj, hultaju, oszukancu. My do niej: co pani, co pani, to nie koniec naszych mozliwosci, oferujemy pani, tutaj nastepuje wielki szok wraz z wyjeciem ampuly, eliksir mlodosci. Babka, jak to babka, skontruje, "czy ja wygladam tak staro"? "Pani, staro? Jesli ktos tak pani powiedzial, my sie nim zajmiemy, prosze pokazac, ktory to kalecznik?" Kobiecina sie zasmieje, co bedzie oznaczac, ze zblizamy sie do transakcji. Nie zapominaj o kontakcie wzrokowym i cielesnym, tu komplement, tu oczko, tu dotkniecie ramienia. Targujemy sie i spuszczamy do pieciu dych, mniej nie ma mowy, trzeba szanowac produkt", zasmialem sie i zaczalem bazgrac w skroplonej parze na szybie. Odmalowalem babki jako kropki i nas, wieksze kropki. "Atak, atak, atak, sprzedaz", zniszczylem bohomazami cale szklane plotno. Brat wyjal male winko, pociagnelismy po lyku. "Wigilia za dwa dni, tam moze nie byc babek. I drugie, czemu nie sprzedajemy w tych szklankach na przyklad soku porzeczkowego, tez jest ciemny". "Primo, jak sie dostaje przydzial z NFZ na sanatorium, to sie przyjmuje, niezaleznie od daty. Primo dwa, sok by nie zadzialal, a tutaj lykasz i cos ci wibruje w glowie, mozesz to nazwac nawet mlodoscia, sam poczules, nasz towar nie jest trefny". Kamil ruszyl szyja, patrzac na swojego brata jak na madrego czlowieka, co mnie ucieszylo. Fragment

Klienci, którzy kupili tę książkę, kupili również

90.90
54.05
311.91
104.78

Some Verses

Helen Hay Whitney
31.56
209.47
38.70

Democratization and Islamic Law

Johannes Harnischfeger
156.29